Dzieło Pomocy
AD GENTES

… dla misji
Start Wydarzenia Projekty O nas Wpłaty Dom Misyjny Linki Misjonarze Kontakt sms

Menu

Ameryka Południowa i Środkowa

Foto.archiwum AG

O.Tomasz Szyszka SVD

PODRÓŻNYCH W DOM PRZYJĄĆ

z o. Tomaszem Szyszką, misjonarz w Boliwii rozmawia Joanna Kuczborska

 Jaka jest specyfika pracy misyjnej w Boliwii? Rozmawiamy w Tygodniu Misyjnym w kontekście uczynków miłosierdzia co do ciała. Chcielibyśmy mówić o wskazaniu „podróżnych w dom przyjąć”. Chcemy mówić o podróżowaniu w pracy misyjnej. Jak ojciec wyobrażał sobie to zanim wyjechał na misje. Jaką okazałą się rzeczywistość?

Praca misjonarza jest bardzo mocno związana z przemieszczaniem się czyli z podróżowaniem, ponieważ już tradycyjnie, zwłaszcza w Ameryce łacińskiej wygląda to zawsze tak, że istnieją centra misyjne. Albo to był klasztor, albo jakaś większa siedziba, gdzie misjonarze mieszkali, pracowali i w oparciu o takie centrum były prowadzone misje w okolicy. Pracowałem przez dłuższy okres w takim bardzo ciekawym miejscu, mieście El Alto na wysokości 4100 m i nasza parafia była na tyle duża, liczyła ok. 80 tys., że nie musieliśmy właściwie nigdzie jeździć. Mogliśmy chodzić, ewentualnie poruszać się tamtejszymi taksówkami. Już kawałek dalej, 20-30 km za La Paz i za El Alto mieliśmy też nasze, werbistowskie parafie chociażby parafia Batalias albo Lacha, gdzie długi okres pracował bp. Białasik, który obecnie jest biskupem Oruro. Do tych parafii przynależało nawet do 80 wiosek. I to było wielkie wyzwanie, żeby te wioski w miarę regularnie odwiedzać. Takim klasycznym przykładem jest chociażby wspomniana parafia Batalias, ponieważ leży ona na brzegu Jeziora Titicaca, słynnego Jeziora Inków, i tam trzeba się było posługiwać albo samochodem albo nawet łódką, żeby dotrzeć do wiosek, które były w naszej misyjnej jurysdykcji. To przemieszczanie się było wielkim wyzwaniem. Dla początkujących misjonarzy to była wielka przygoda, bo jeździło się starymi jeepami, drogi były trudne i niebezpieczne. Trzeba było przejeżdżać przez przełęcze, wspinać się wielkimi serpentynami, gdzie przepaście były dosyć głębokie. Trzeba było przeprawiać się przez rzeki. Nigdy nie było wiadomo czy człowiek z rzeki wyjedzie, czy nurt go nie porwie. Przygodą były wyprawy na wyspy. Przynajmniej na początku. To była przygoda całodniowa. Najpierw trzeba było rano wyjechać, żeby gdzieś ok. 8.00 być na brzegu w odpowiednim miejscu. Tam powinna czekać już łódka z katechetą z danej wyspy. Ta przeprawa trwała przynajmniej dwie godziny, niekiedy troszeczkę dłużej. Zazwyczaj były przepiękne widoki. Problemem było tylko to, ze było strasznie zimno. Około 5 stopni. Siedzenie na tej łódce, za pierwszym lub drugim razem było egzotyczne i ciekawe, natomiast przy kolejnych razach człowiek się już tego przenikliwego zimna bał. Ale po dotarciu na wyspę Suriqui, uderzano w dzwon, by dać znać, ze misjonarz przybył, ludzie zaczynali się powoli gromadzić. Był czas, by porozmawiać z ludźmi, pozałatwiać pewne sprawy administracyjne, ustalić kto będzie chrzczony, kto przystąpi do sakramentu małżeństwa. Potem była Msza św. Później było wspólne jedzenie, ponieważ bez takiego wspólnego świętowania w świecie andyjskim, odwiedziny misjonarza byłyby prawie nieważne, mówiąc pół żartem pół serio, a później był posiłek u katechistów, którzy zapraszali aby z misjonarzem porozmawiać. Wspominam te spotkania z nostalgią, ponieważ były one bardzo serdeczne. Ci ludzie żyją bardzo prosto. Nie mają wiele, ale pragną się dzielić tym, co mają. A maja przede wszystkim czas i mają wielkie pokłady dobroci. My europejczycy zazwyczaj jesteśmy nastawieni na to, że winniśmy się dzielić rzeczami materialnymi, natomiast ci prości Indianie patrzą na to zupełnie inaczej. Mają czas, mają okazję by poświęcić go drugiej osobie, misjonarzowi, żeby z nim posiedzieć. W świecie andyjskim jest ciekawe, że Indianie nie są gadułami. Warto posiedzieć obok siebie, być razem, zamienić kilka zdań. Kilkanaście zdań może być potraktowane jako poważna rozmowa. I potem ten wspólny posiłek, gdzie się smakuje tych rarytasów andyjskich. Jest to bardzo budujące, ponieważ te więzi wspólnotowe są bardzo ważne. I tutaj też niektórzy misjonarze przeżywają pewnego rodzaju szok, zaskoczenie, ponieważ niekiedy zdarza się, że misjonarz nie jest tak zupełnie dobrze przyjęty. Z czego to wynika? Chociażby z tego, Indianie andyjscy potrzebują troszeczkę czasu, by danego misjonarza zaakceptować. Nie ważne są tytuły, wykształcenie, skąd pochodzi. Ważne jest to, w jaki sposób się zachowuje. Jak ich traktuje, podchodzi do ich kultury, odprawia Mszę św. Na ile jest otwarty na nich i na ile Boga chce im przybliżyć. W jaki sposób przepowiada, głosi kazania. W jaki sposób chociażby się z nimi wita – bo jest to ważny zwyczaj, że po przyjeździe do wioski, najpierw należy się ze wszystkimi przywitać. Na koniec należy się ze wszystkimi pożegnać. To wszystko trwa. Jeśli wioska liczy sto osób, to jest przynajmniej 15 minut samego witania się. Jeżeli misjonarz te rzeczy praktykuje, zaakceptuje, że tak jest i należy tak zrobić, wtedy też jest akceptowany przez ludzi. Jeżeli misjonarz po przyjeździe do wioski jest zmęczony, kręgosłup go boli, bo przez kilka godzin jechał po tych wertepach czy wzgórzach i zaczyna rozmowę o takich prostych, przyziemnych sprawach: jak tam lamy, jaki jest poziom wody w jeziorze, itd. Są to te tematy, które ludzi interesują. To jest ich życie. I wtedy, kiedy rozmawia się najpierw – być może zabrzmi to śmiesznie – o świniach, o krowach, o wodzie, o lamach, o gospodarstwie, wtedy dosyć płynnie można przejść na tematy religijne, ponieważ te tematy są ludziom bliskie. Ale jeśli misjonarz wykazuje zainteresowanie ludźmi, wtedy oni zazwyczaj wykazują zainteresowanie misjonarzem i tym, co chce im przekazać. To są tematy katechetyczne, socjalne, ale przede wszystkim w szerokim tego słowa rozumieniu głoszenie słowa Bożego, bezpośrednio spotykanym ludziom. Takie spotkanie na wyspie może trwać 5-6 godzin i później z tej wyspy trzeba się wydostać. I wtedy następny katechista, albo ktoś z wioski bierze łódkę, odwozi misjonarza na drugi brzeg, a któryś ze współbraci misjonarzy musi podjechać samochodem, to jest raptem 30-40 km, żeby tego, który był na wyspie odebrać i wrócić do domu. Piękna, całodniowa wyprawa. Niesamowite wrażenia, ale trzeba powiedzieć, że jest to dosyć męczące, ponieważ praca nad Jeziorem Titicaca jest to praca na wysokościach (ponad 4 000 m). Jest to praca w klimacie, którym jest zimno, sucho. Wilgotność jest zaledwie w granicach 5-10% czyli gardło bardzo mocno wysycha. Andy są fascynujące. Ludzie wspaniale ubrani, kapitalnie wyglądają. Jednak systematyczne poruszanie się tam jest wielkim wyzwaniem dla misjonarza. Jako młody misjonarz zawsze podziwiałem tych dawnych misjonarzy, którzy jeszcze poruszali się konno lub na mułach. To było dla mnie w ogóle nie do pomyślenia. Znam już tylko epokę poruszania się samochodami, jeepami. Myślmy narzekali, że te jeepy są odpowiednio twarde, że człowiek skacze jak piłka pingpongowa, że kręgosłupy się nadwyrężają. Ale to był zawsze samochód. Nie wyobrażam sobie tego podróżowania, powolnego przemieszczania się na koniach na tych wysokościach.

Zupełnie inaczej przemieszczanie się na placówkach misyjnych wygląda już w innej części Boliwii, kiedy zejdziemy troszeczkę z Andów, w kierunku północnym albo południowym i jesteśmy raptem na wysokości 100 czy 500 m czyli prawie w tropiku. I tam najlepsze sposoby poruszania się stwarzają rzeki. To są niezapomniane przygody. Pierwsze wrażenia są bardzo mocne. Załadowanie się do łodzi, która liczy prawie 10-15 metrów, najpierw załadowują na łódź 5 – 10 beczek paliwa, benzyny, robi się z tego jakaś bomba, potem wchodzi na to 20 ludzi, i misjonarz też znajduje miejsce. I tak się płynie 6, 8 godzin. Po drodze ludzie opowiadają, że tutaj ktoś zginął, tam był wypadek, jakiś misjonarz utonął. Tak pół żartem, pół serio, troszeczkę, żeby postraszyć. Ale przemieszczanie się jest niebezpieczne. Na zdjęciach to wygląda bardzo romantycznie, fantastycznie. Wszyscy są uśmiechnięci, zadowoleni. Ale po ośmiu godzinach spędzonych w takiej łódce, człowiek, za bardzo potem nie wie, jak z tej łódki wyjść. Jest trochę skostniały. Do tego dochodzi aura. Jeżeli jest gorąco – to słońce pali niesamowicie. Trzeba się przed słońcem chronić. Jeżeli jest zimno, albo pada deszcz, człowiek przyjeżdża po sześciu godzinach przemoczony dosłownie do ostatniej nitki, zziębnięty.

W Boliwii, zwłaszcza w tropiku, coraz więcej jest dróg stosunkowo dobrych, poprowadzonych przez lasy, ale w wielu wypadkach brakuje asfaltu. Drogi te nie zawsze są przejezdne. Najlepiej jest w porze suchej. Z tym, że jest dużo pyłu, kurzu, który się wszędzie wciska. Problemem staje się pora deszczowa. Nawet solidny deszcz, kiedy trzeba pojechać, bo jest się gdzieś, w jakiejś wspólnocie umówiony. I wtedy zaczyna to być wielką przygodą, ponieważ takim jeepem można się łatwo zakopać w błocie. I wtedy potrzeba godzinę, dwie godziny,  żeby jeepa z tego błota wykopać. Jest to robota bardzo nieprzyjemna, bo trzeba łazić w błocie, potem ubłoconym jechać dalej.

Kolejną, ciekawą przeszkodą, są różnego rodzaju mostki. Są one zrobione z pali, które są ociosane, i po tych palach, nawet jeśli są mokre trzeba przejechać. Miałem problem żeby po nich przejść. Natomiast Indianin, który był doskonałym kierowcą, z którym jeździłem, pokazywał mi jak mam jechać i bez najmniejszego lęku po tych palach przejeżdżał. Oczywiście, w dole była mniejsza lub większa przepaść, płynęła woda, ale na nim nie robiło to żadnego wrażenia. Jeszcze jeden przykład z tej samej misji z Mapieri, północnej części Boliwii, na północ od La Paz, to było przeprawianie samochodu przez rzekę. Tam są rzeki dosyć szerokie, do 200-300 metrów, jeszcze żywiołowe, bo jest to teren jeszcze górski. Można je trochę porównać do naszego Dunajca. Proszę sobie wyobrazić, ze podpływały dwie pirogi, z dwiema deskami. Jeep na te deski wjeżdżał. W ten sposób duży samochód był transportowany na drugą stronę. Jakikolwiek poślizg, czy nieumiejętność mogły spowodować, że samochód zsunie się z tych desek.

Wspomniałem o tym Indianinie, który kierował samochodem. On zaczął jeździć przez przypadek, jako młody chłopak i bardzo się w tym wyrobił, jest pewnym kierowcą. To jest też niesamowity dar dla tych księży i sióstr, którzy tam pracują, ponieważ on jest kierowcą i odpowiada za to, jak dojechać. To jest jego sprawa. Chciałem podkreślić, że współpraca z ludźmi świeckimi z poszczególnych wiosek jest niesamowicie wielka.

I jeszcze kiedy mówimy o tych przygodach, pokonywanych kilometrach, po rzece, po błocie, trzeba podkreślić, ze przyjazd do wioski to było święto. To się wiązało z podniosłą atmosferą. Ludzie wszyscy przychodzili. Ktoś biały przyjeżdżał raz na pewien czas, przychodzili wszyscy. I starszyzna, i rodziny i dzieci. Wszyscy się witają, częstują różnymi napojami. Prędzej czy później jest Msza św., która musi odpowiednio długo trwać i później jest posiłek. I to, co mnie uderzyło, dostawaliśmy olbrzymie ilości ananasów. Akurat była pora ich dojrzewania. Każda rodzina poczuwała się do solidarności, żeby takiego ananasa ofiarować. Smak tych ananasów pamiętam do dziś. Podróże były związane z wielkim wysiłkiem, ale też pamiętam tę niesamowitą serdeczność prostych ludzi, którzy się z nami dzielili tym, co mają: swoim czasem, serdecznością, uśmiechem. Dzieci przychodziły się przytulić, zaprosić, żeby z nimi w piłkę zagrać. To było bardzo budujące.

Czy zdarzyło się księdzu zabłądzić i nie dotrzeć do celu?

Miałem kiedyś takie problemy. Zostałem posłany w góry, a ponieważ nie można było pojechać tam samochodem, mieliśmy taki starszy, ale dobry motor terenowy. Przez dwa dni próbowałem ten motor ujarzmić. Potem się przebrałem w nazwijmy to „kombinezon”. To była kombinacja dresów i spodni. Na 4 000 metrów wieczorem jest zimno. To żadna przyjemność jeździć na motorze. Tak mi wytłumaczono, dokąd mam jechać, ze w pewnym momencie zorientowałem się, że jadę całkowicie źle. Ale, żeby naprawić błąd, postanowiłem jechać trochę na skróty. Dobrze, że ten motor był silny. W pewnym momencie musiałem go pchać. Przyznam się, że ta jazda, nie sprawiła mi żadnej frajdy. Doszło to przeraźliwe zimno, które powoduje, że jazda na motorze lub rowerze jest bardzo nieprzyjemna.

Czy w swojej pracy misyjnej czuł się ksiądz przytłoczony tym stosunkiem kilometrów, ludzi, wiosek do opieki, a ja tutaj jeden?

Nigdy nie pracowałem sam, my jako werbiści pracujemy we wspólnocie. Na tych parafiach, na jakich miałem okazję pracować, zawsze nas było dwóch, trzech, a nawet czterech. W dużej parafii El Alto mieliśmy nawet wspólnotę sześcioosobową, i zawsze wspólnotę międzynarodową. Byli Niemcy, Argentyńczycy, Hindus. Wielkim wyzwaniem było, żeby dojechać na wioski na czas.  Niekiedy trzeba było poświęcić na dojazd dwie – trzy godziny. Tam jechać szybko nie można (30, niekiedy 10 km na godzinę) po tych kamieniach. Po trzech godzinach jest się zmęczonym. A wtedy należy rozpocząć pracę misyjną czyli przywitać się, odprawić Mszę św., powiedzieć kazanie, wysłuchać ludzi. I człowiek ma zawsze w perspektywie drogę powrotną. Do niektórych wiosek, wysoko położnych albo w mało dostępnych miejscach było ciężko dojechać. Po iluś tam razach za bardzo nie chciało się jechać. Oczywiście, to był obowiązek. Należało tam pojechać. Dla misjonarza to było wielkie wyzwanie.

Muszę też powiedzieć, zajmując się historią ewangelizacji Ameryki Łacińskiej, że opisy misjonarzy z XVII wieku są przepiękne, a zarazem przerażające. Niedawno czytałem list misjonarza jezuity z 1681 r., który opisuje w nim podróż z Kartageny to jest północy Kolumbii do Bogoty, to się nazywało Santa Fe. Na przebycie odcinka, który liczy około 1000 km potrzebowali 13 miesięcy, a potem żeby przepłynąć w kierunku Orinoko, poświęcili na to cztery w małej, ciasnej łódce. I to było poświęcenie. Nie było lekarzy, nie było telefonów. Wspominam o tym dlatego, że teraz w tej dobie, kiedy jest łączność satelitarna, nawet w tych bardzo odległych miejscowościach, nie zawsze, ale bardzo często ta komórka działa. Jest ten luksus i poczucie większego bezpieczeństwa, że cokolwiek mi się stanie, będę mógł się z kimś skomunikować, poprosić o pomoc. Kiedyś, jeszcze 10-15 lat temu takiej możliwości nie było. Trzeba było czekać na kogoś, kto będzie przejeżdżał lub iść samemu pieszo kilkanaście lub kilkadziesiąt kilometrów i poprosić o pomoc.

Misjonarze są podróżnymi, przyjmowanymi przez Indian. Ale jest w nas europejczykach, jakaś pycha i buta, ze my mammy całe zaplecze demokracji, zdobyczy techniki, a tutaj niektórzy żyją na zdecydowanie niższej stopie. Czy doświadczył ksiądz w swojej pracy czegoś takiego, że czujemy się lepsi. Przyjeżdżamy do was do pracy, czujemy się lepsi z powodu naszej cywilizacji.

Misje są dla nas Europejczyków, ale jeszcze bardziej dla Amerykanów wielkim wyzwaniem. Mamy, świadome czy nieświadome poczucie wyższości. Praca w świecie andyjskim dosyć szybko te kwestie porządkuje. Ponieważ jeśli ktoś ma to poczucie wyższości, i trochę z góry zaczyna traktować albo obcesowo się do nich zwraca, to Indianie na swój sposób bardzo prostymi metodami pokazują mu, gdzie jego miejsce. Może sobie po prostu przyjechać, i Mszę św. odprawić, tylko, że ludzie nie będą w tej Mszy św. uczestniczyć. Jeżeli ktoś wchodzi w ich kulturę, traktuje tych ludzi poważnie, to przez nich jest traktowany poważnie. Nie możemy zapomnieć o tym.

Używamy plików cookies Ta witryna korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności i plików Cookies .
Korzystanie z niniejszej witryny internetowej bez zmiany ustawień jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików Cookies. Zrozumiałem i akceptuję.
39 0.10038900375366